|
Bezpieczeństwo
|
Galeria
|
|
<--------------------OKNO GŁÓWNE--------------------->>
|
Alpy |
MONT BLANC - 2002 R.
Na początku września w zespole 4-osobowym, jednym samochodem wybraliśmy się na tydzień pod M.B
od strony włoskiej, a ściśle od Courmayeur i jeszcze ściślej - od Doliny Veny.
Niestety pogoda była fatalna. Ani jednego dnia bez deszczu czy śniegu. Jednak próbowaliśmy i w końcu zaliczyliśmy trzy lodowcowe biwaki. Trasa od strony włoskiej prowadzi przez piękny, "prawdziwy" lodowiec, a ludzi rzeczywiście
jest tu mało. Tym razem było ich nawet za mało, bo po opadzie śniegu nie mogliśmy
wytropić śladów, żeby sprawnie przedrzeć się przez lodowiec Dome, stanowiący odgałęzienie lodowca Miage. Liczyliśmy na przewodnika brytyjskiego z dwoma klientami, zmierzającego do schroniska Gonella,
ale po nocy z piorunami i opadem śniegu trójka ta zeszła rano ze schroniska w
dół. Dopadało ok. 10 cm śniegu, który nie zdążył jeszcze się związać z lodem i zrobiło się nawet trochę niebezpiecznie. Choć więc nie było wejścia szczytowego, to moje wrażenia po tej eskapadzie
są o niebo lepsze niż po Grossglocknerze. To była prawdziwa górska przygoda i takie Alpy nie
rozczarowują.
Oczywiście, dla większości liczy się tylko wejście szczytowe. Może od strony francuskiej dalibyśmy nawet radę - idąc po
śladach i koczując w ciżbie ludzkiej w schronie Vallot - dotrzeć w tych warunkach do wierzchołka Białej Góry. Kiedy czwartego dnia po raz pierwszy rankiem wyjrzało słońce (jedyny ranek bez opadu), zobaczyliśmy sznurek ludzi podchodzących
granią od Dome de Gouter w kierunku widocznego dobrze szczytu Mont Blanc. Ale my już postanowiliśmy schodzić, a z
resztą, zaraz zaczęło padać i padało tak do końca dnia przez całą drogę zejściową do
campingu M.Bianco "La Sorgente" pod skrajem grani Peuterey (bardzo miłe miejsce
campingowe - jeśli nie pada). Reasumując, strona płd. M.B jest piękna i satysfakcjonująca, ale znacznie bardziej wymagająca. No i ludzi naprawdę nie wiele.
Wojciech Brański
|
|