Grossglockner
<--------------------OKNO GŁÓWNE--------------------->>
Klub
O nas
Komunikaty klubowe
Aktualności
Spotkania
Wyprawy
Ural
Alpy
Bezpieczeństwo
GOPR
Zagrożenia
Galeria
Zawody 2008
Ural
Kilimandżaro
Tatry
Bieszczady
Jura
Księga gości
Kontakt
Linki
Alpy

GROSSGLOCKNER - 2002 R.

W dniach 20 do 25 lipca dwoma samochodami w siedmioosobowym zespole wybraliśmy się w Wysokie Taury z zamiarem wejścia na Grossglockner (3798  m), najwyższy szczyt Austrii. Pierwszego dnia - startując rano ze Śląska - dotarliśmy do Zell am See. Po noclegu spędzonym na campingu, następnego dnia, nie spiesząc się ze startem przejechaliśmy drogę Grossglockner Hochalpenstrasse przez przełęcz Hochtor (2290 m) w głównej grani Taurów do rejonu Lodowca Pasterze, zatrzymując się na ogromnym, dwupiętrowym parkingu w centrum turystycznym Kaiser-Franz-Josefs-Höhe (2369 m ). O 5 po płd. centrum pustoszeje więc niczym nie krępowani postanowiliśmy spędzić tu noc i zostawić na kilka dni samochody.
Rankiem, w padającym deszczu, w pełni wyekwipowani na 3 dni, zeszliśmy na lodowiec ścieżką prowadzącą wzdłuż linii starej kolejki szynowo-linowej, która kiedyś zwoziła chętnych na lodowiec, a obecnie jej końcową stacja znajduje się dobrze ponad 100 m nad lodowcem. Dolna część lodowca jest płaska jak stół i przejście jej nie stanowi żadnego problemu. Decydując się na klasyczną drogę wejścia mieliśmy ułatwione zadanie, bo zaraz po przekroczeniu lodowca i moreny bocznej dało się wypatrzyć oznakowania drogi podejścia do schroniska Ertzhertzog Johann Hutte. Oznaczenia te wykonane dość niechlujnie doprowadzają do miejsca gdzie kończą się skały i zaczyna trawers w poprzek dość stromych pól lodowych lodowca Hofmannskees, którego lewą stroną prowadzi droga do schroniska.
Nie ma tu wiele szczelin, ale uważać trzeba, o czym przekonała się idąca przed nami dwójka wspinaczy austriackich, z których jeden wpadł do szczeliny po pas. W trakcie podejścia okazało się , że nie wszyscy uczestnicy naszej wyprawki mają opanowane chodzenie po lodowcu. No, ale jakoś się udało i pod wieczór osiągnęliśmy schronisko. Po krótkim odpoczynku w miłym cieple schroniska wzięliśmy się za rozstawianie wtaszczonego na górę namiotu, w którym udało się pomieścić 6 osób. Jeden z uczestników spał na schroniskowej pryczy.
Ustawianie namiotu na śniegu, "moszczenie" się, a potem dłuższe gotowanie spowodowało, że następnego ranka przemaszerowało koło naszego namiotu wiele zespołów zanim sami wyruszyliśmy. I to był wielki błąd, bo to się działo na górze, w szczególności w zejściu, to był autentyczny horror.
Dla formalności dodam tylko, że startując z poziomu ok. 3450 m, mieliśmy do pokonania niecałe 350 m. Przewodnikowo powinno to zająć 2 godziny. Tymczasem samo tylko zejście zajęło nam prawie 4 godz. i powodem nie była niepogoda, akurat tego dnia był piękny, słoneczny dzień. Na wierzchołku i tuż pod nim tłumy takie, że przecisnąć się nie było sposobu, po kilka karabinków w jednym spicie, krzyżowanie się lin, łapanie się za cudze liny (słyszałem, że ktoś łapał się nawet za czyjąś nogę), jakieś wygibasy na stalowych tyczkach traserów też używanych do asekuracji etc., etc. A do tego wszystkiego hałas helikopterów dowożących ludzi i materiały do rozbudowy widocznego w dole schroniska. Ciekawostką trudną do wyjaśnienia jest to - po co im tam była potrzebna jeszcze koparka(!?). W przewodniku jest napisane żeby unikać weekendów, ale to był akurat wtorek. Dobra rada: można tam wchodzić, ale nie od strony schroniska Erzherzog Johann pozbawionego z resztą rzeczy tak zasadniczej jak woda do mycia.
Wracając z pod Grossglocknera, mieliśmy jeszcze niewykorzystane kilka dni urlopu i postanowiliśmy spróbować sił na Dachsteinie. Jednak pogoda nam nie sprzyjała. Lało równo, a zapowiedzi pogody nie były zachęcające. Zwiedziliśmy w strugach deszczu ciekawe miasteczko Hallstad, położone po północnej stronie masywu, które dało nazwę okresowi epoki żelaza zwanego halsztackim, z okazji odnalezionych tu licznych grobów z tego okresu. Z ciężkim sercem postanowiliśmy wracać do kraju. W Czechach pogoda była lepsza i korzystając z tego zobaczyliśmy jeszcze Czeski Krumlov wpisany do rejestru dziedzictwa światowego UNESCO (kto nie zna piosenki Vondračkowej o Krumlovie?), oraz Budejovice. Wkrótce po powrocie do kraju okazało się, że drogą naszego powrotu z pod Grossglocknera szła już fala powodzi lipcowej, jednej z największych w tym rejonie Europy od stulecia.

Wojciech Brański